Nie zapomnę! - MISYJNE WSPOMNIENIA
Nie zapomnę! - MISYJNE WSPOMNIENIA

NADZWYCZAJNY MIESIĄC MISYJNY jest szansą, aby pełniej włączyć się w dzieło misyjne, a tym samym pogłębić naszą wiarę, „misje bowiem odnawiają Kościół, wzmacniają wiarę i tożsamość chrześcijańską, dają życiu chrześcijańskiemu nowy entuzjazm i nowe uzasadnienie” (papież Franciszek).

 

W TYM NADZWYCZAJNYM MISYJNYM MIESIĄCU - Zapraszamy na MISYJNE SPOTKANIA. Opisane przygody, spotkania, rozmowy... na ziemi pięknego Kamerunu wydarzyły naprawdę. Zapraszam więc na wędrówkę...

 

 

 

Życie jest wspaniałą przygodą.
Jest drogą wśród rzeczywistości, iluzji i marzeń.
Życie ma wartość, gdy z Bogiem płynie w parze.
Gdy wsłucham się w natchnienia, które On mi daje.
Życie jest jak przypływ i odpływ westchnienia.

 

Życie jest piękne…
Choć trudem znaczone zmagania.
I takim pragnę, by był mój czas istnienia.
A w nim szczególny okres,
Którym był przypływ wołania Afryki.
Głębia 10-ciu lat posługiwania…
I odpływ: by gorąco piasków,

Jasność równikowego słońca,
Ciepło ludzkich relacji
Szczepić w nieco innym środowisku
Europejskiego zabiegania.
Lecz w sercu pozostał żar, który nie zagaśnie…
Bo z Boga...
Gdy wsłuchasz się w Jego powołanie,
Co jak  westchnienie, przypływa i odpływa.
Nasze Życie.

 

s.M. Kryspina Koziołek

Nie zapomnę… Pierwsze wrażenia

- Proszę państwa, za parę minut zaczniemy obniżać lot. Do lądowania zostało nam jeszcze niecałe pół godziny. Obudził mnie głos stewardesy. Obracam rozespane oczy w stronę Siostry Moniki. Siostra uśmiecha się do mnie lekko i odsłania małe okienko z samolotu. Widok jest prześliczny. Lecimy powyżej pułapu chmur, które układają się w przeróżne bajeczne kształty. Niestety oślepiający blask słońca uniemożliwia mi dalsze podziwianie tych chmur, które  w swych kształtach przypominają bramę do raju. Przez głośniki ponownie słychać głos:
- Proszę zapiąć pasy i wyprostować oparcia, gdyż za chwilę podchodzimy do lądowania. W Douala jest aktualnie godzina siódma trzydzieści cztery. Temperatura na zewnątrz 34 stopni Celsjusza. Pada deszcz.
   

 

 

Powoli samolot podchodzi do lądowania. Z upragnieniem i z pewnym napięciem czekamy, aż koła samolotu dotkną płyty lotniska. Nareszcie
daje się odczuć miękkie uderzenie. Wylądowaliśmy. Z dolnego pokładu dochodzą nas okrzyki radości, westchnienia ulgi i gromkie oklaski. Takie reakcje podróżnych  słyszałam zawsze, kiedy samolot kameruńskich linii lotniczych kończył manewr lądowania.
          

 

Wyszłyśmy z samolotu prosto na płytę lotniska. Towarzyszył nam nieznośny upał i mżawka. Potem czekał nas długi, niekończący się korytarz i tak samo długie formalności. Z czasem, przy kolejnych podróżach do Europy, przyzwyczaiłam się jednak do nich. Miałyśmy szczęście. Nasz samolot do Garua odlatywał za trzy godziny. Bez namysłu zajęłyśmy miejsca w klimatyzowanej kawiarence. Był taki upał, że czułyśmy się, jakby duszone we własnym sosie. Ten gorący czas oczekiwania wypełniłyśmy sobie modlitwą i drzemką.
 

 

Niewiele więcej pozostało mi w pamięci, chyba tyko rozczarowanie, kiedy wyszłam z budynku lotniska, aby zobaczyć Afrykę na własne oczy... Przed lotniskiem było tylko kilka niskich palm i nic więcej z egzotyki. To rozczarowanie zostało mi jednak wynagrodzone. Podczas podróży do Garua siedziałam przy oknie i podziwiałam prześliczny krajobraz Kamerunu. Podczas godzinnego lotu z południa na północ mogłam oglądać jak na filmie ten kraj o powierzchni niewiele większej niż Polska, a tak różnorodny w swym ukształtowaniu terenu, pejzażu, o tak pięknej florze i faunie. Egzotyka była tuż pode mną, ale to nie dla niej tu leciałam. Kamerun, jak miałam się wkrótce przekonać, jest bowiem krajem wielu ludów,  kultur, języków, zwyczajów i religii.. Moim pragnieniem było poznanie ludzi po to, by jak najlepiej im służyć, a przede wszystkim, aby dawać im Boga Uczyłam się z nimi żyć całe 10 lat i nadal nie mogę powiedzieć, że do końca ich poznałam. Ciągle zostają dla mnie otwartą księgą.
       

 

Nie pamiętam chwil powitania ani Sióstr, które przyjechały na lotnisko. Pamiętam tylko podróż ulicami Garua. Witały nas białe domy najwyżej dwupiętrowe, a także piękne, oryginalne w swej budowie meczety. Na ulicach przewijało się wielu ludzi o czarnych twarzach. Ta różnica skóry nie była dla mnie taka ważna i szybko o niej zapomniałam.

 

W prokurze misyjnej zatrzymałyśmy się najwyżej godzinę i dalej wyruszyłyśmy w drogę. Przed nami jeszcze 200 km. Najpierw droga asfaltowa (około 130 km), która mijała nam szybko na modlitwie i nieskończonym opowiadaniu nowin z ojczyzny. Po około dwóch godzinach skręciłyśmy w lewo w prawdziwy busz. Przed nami było 70 km bitej drogi, która w porze deszczowej nie wygląda najlepiej. Za każdym razem, gdy wkraczałam na tereny rezerwatu, wspominałam z uśmiechem ten pierwszy raz i komentarze Siostry Ezechieli:
- Siostro, patrz dobrze na prawo i lewo, a dojrzysz: słonie, hipopotamy, lwy i inne zwierzaki. Niestety oprócz wysokich traw i prześlicznych kolorowych ptaków nie dojrzałam nawet małpy, o którą w tej okolicy nie jest trudno. 

 

Przejeżdżając przez wioski, zauważyłam niezwykłą serdeczność tamtejszych ludzi wobec Sióstr. Pozdrawiali nas machając przyjaźnie rękami.
 Wjazdowi do miasta towarzyszył także wesoły komentarz: - Oto nasze miasto wojewódzkie: na lewo poczta, na prawo pałac naszego króla, a oto nasza misja.

 

Ten komentarz nie pasował mi jednak wcale do obrazu, który przesuwał się przed moimi oczami. W mieście nie było asfaltowych dróg, domy miejscami przypominały wiejskie kazy, nie było sklepów, a na Misję wjechałyśmy przez zaśmiecone targowisko. I chociaż na plac kościelny wjechałyśmy bez problemów, gdyż brama nigdy nie była zamykana, na nasze podwórko nie można było tak łatwo się dostać. Brama była dobrze zamknięta na kłódkę. Siostry wybuchły gromkim śmiechem i skomentowały: To tak siostra Cèline na Siostrę czeka.

 

Przez bramę widziałam zawieszone balony i słowo powitania na wielkim transparencie. Czekała na nas, ale... dopiero „jutro”. Widząc zachodzące słońce Siostra pomyślała, że już dzisiaj na pewno nie przyjedziemy, a ponieważ była sama na Misji dla bezpieczeństwa zaszyła się w swoim pokoju. Jednak, słysząc klakson samochodu, wybiegła wzruszona na nasze spotkanie. S.M Celine poznałam jeszcze w Polsce. Polubiłyśmy się od pierwszego, no... może od drugiego spotkania i wiem, że Siostra wiele się za mnie modliła, abym pokonała wszystkie przeszkody i przyjechała na misje. Pamiętam, że wtedy, gdy nareszcie wysiadłam z samochodu wzruszenie odebrało mi całą francuską mowę. Na szczęście ten „brak słów” trwał tylko moment.

 

 

 

Nigdy nie zapomnę tego olśniewającego widoku naszej Misji, która o tej porze roku cała tonęła w różnokolorowych kwiatach. Ich zapach mieszał się z chłodem wieczoru. Chyba w raju człowiek czuł się podobnie jak ja w tym momencie. Poza tym nie pamiętam nic więcej z tego pierwszego kameruńskiego wieczoru. Może tylko to, że po rozładowaniu bagaży i krótkim posiłku, zmęczenie wzięło górę i zasnęłam.

 

Długo, bo 10 lat mogłam podziwiać piękno Afryki, wsłuchiwać się w dźwięki wydawane przez cykady czy nocne ptaki. Wierzcie mi, że do teraz można na drodze do wioski spotkać słonia, żyrafę czy lwa, a na dzień dobry żmija ustawi się do ataku. Można się przyzwyczaić do jaszczurek, karaluchów i mrówek, a pająki o różnej prędkości przemkną ci pod nogami. Rano na murze odkryjesz ćmy- nocne motyle ogromne jak otwarta dłoń i zdziwisz się, gdy znikną jak sen przed południowym słońcem. Nie wspomnieć o upałach, huraganach, deszczach czy gradobiciu… Tych przeżyć nigdy nie zapomnę i zapach Afryki czuć będę i tęsknić do jej muzyki...

Moi pierwsi młodzi przyjaciele: Antoine, Luize, Joseph…

Jeszcze w Paryżu dowiedziałam się o tym, że w Kamerunie będę pracować z młodzieżą. Praca ta nie była mi zupełnie obca. Miałam dość dobry kontakt z młodzieżą w Polsce, a oprócz tego cztery lata praktyki w katechizacji wydawał mi się wystarczającym przygotowaniem do tej pracy. Pierwsze spotkania z młodymi ludźmi w Tchollire napełniły mnie jednak lękiem o to czy dam radę.

 

Młodzi przyszli już w pierwszy dzień przed południem. Jak się okazało czekali z niecierpliwością na nową Siostrę. Około godziny 11-tej przyszła pierwsza grupa chłopców, którzy usadowili się w altance, do przyjmowania gości. Widząc tych dryblasów wpadłam w panikę!
- O czym z nimi rozmawiać, jak nawiązać kontakt? Myślałam intensywnie. Nieodzowną pomocą w tej sytuacji okazała się s.M Celine. Z szerokim uśmiechem na twarzy powiedziała mi : Nie martw się. Pójdę z tobą. I poszła, dyskretnie podpowiadając mi, co mam mówić, o co pytać, a były to pytania bardzo proste.
-Jakie są wasze imiona?
-Ile macie lat?
- Do jakiej szkoły, klasy chodzicie itp.
Odpowiedzi były też proste, choć dla mnie na razie i tak trudne do zapamiętania. Powoli nawiązywałam z nimi kontakt. A wieść o przyjeździe nowej siostry rozeszła się szybciej niż u nas drogą SMS-ów. Cały dzień pierwsi moi młodzi przyjaciele przyprowadzali swoich kolegów i koleżanki. I tak wkrótce poznałam większość młodzieży uczęszczającej na naszą misję. Dzięki nim dowiedziałam się o tym, że w parafii działa prężna organizacja młodzieżowa JEC- chrześcijańska młodzież szkolna oraz grupa powołaniowa. Dowiedziałam się także i o tym, że Siostra katechizuje w Liceum.

 

s.M. Kryspina z podopiecznymi. Zakończenie roku szkolnego.

 

Moja praca z nimi zaczęła się dopiero po piętnastym października, kiedy z urlopu powrócił o Henryk Dejneka OMI, proboszcz naszej parafii. Wspólnie udaliśmy się do liceum, gdzie zostałam przedstawiona panu Dyrektorowi, z którym omówiliśmy plan katechizacji. Nie zapomnę tego liceum. Szereg parterowych budynków, w których mieściło się ponad 10 sal lekcyjnych i kilka biur należących do administracji szkoły. Był plac apelowy i boisko na razie pokryte bujną trawą, którą uczniowie sami muszą wyplewić. Mimo że rok szkolny trwał już od miesiąca, tylko w niektórych salach odbywały się zajęcia. Dyrektor oznajmił przyczyny tego stanu rzeczy: Brakuje nam nauczycieli. Starsza kadra jeszcze nie dojechała, a młodzi nauczyciele boją się przyjechać na prowincję. Oprócz tego nasz system płac nie zachęca młodych nauczycieli do podjęcia pracy.
- Kto więc zajmie ich miejsce?
- Zatrudnimy na ich miejscach naszych byłych uczniów, którzy albo skończyli już swoją edukację z maturalnym świadectwem lub z przyczyn finansowych przerwali szkołę na niższym poziomie.

 

Przyglądając się bliżej problemom tamtejszej młodzieży, zawsze podziwiałam, z jakim poświęceniem zdobywają wiedzę. Brak książek i podstawowych pomocy szkolnych to jeden z podstawowych utrudnień w edukacji. Młodzi Kameruńczycy zdobywają tajniki wiedzy niekiedy nawet w niewyobrażalnych dla nas warunkach np. wieczorami, siedząc pod lampą uliczną lub przed oświetlonym na noc urzędem, czytają wspólnie może jedyny w ich klasie podręcznik,. Potrafią uczyć się w dzień i do późnej nocy, niekiedy o jednym posiłku dziennie, nie wspominając nawet jak wielkim problemem było nie tylko zdobycie pożywienia, ale i wody.

 


Nigdy nie zapomnę Antoine, o którym jego koledzy mi opowiedzieli, że od tygodnia nie ma co jeść i żebrze u swoich bogatszych kolegów. Antoine został tydzień dłużej w Tchollire, czekając na przyjęcie sakramentu bierzmowania. Zapasy żywności miał dokładnie wyliczone i na dodatkowy pobyt zabrakło mu już jedzenia. Przy tym należy dodać, że chłopak był pierwszym do pomocy w przygotowaniu uroczystości. Dyskretnie wzięłam go na bok i ofiarowałam mu potrzebne produkty spożywcze. Był bardzo wdzięczny, gdyż sam nigdy nie zdobyłby się na to, by o taką pomoc poprosić. Antoine nie był odosobnionym przypadkiem ucznia, który o swoją edukację musiał staczać ogromny bój najpierw ze swoimi rodzicami. Stwierdzenie rodziców: „Po co ci szkoła?” był w tych okolicach dość zrozumiały. Rodzice są najczęściej biednymi rolnikami, często analfabetami i mają do wyżywienia rodzinę często więcej niż dziesięcioosobową. Nie rozumieją więc potrzeby nauki, bo bez tego całe swoje życie dawali sobie radę. Gdy chłopak, lub rzadziej dziewczyna, pragną się uczyć, dostają kawałek ziemi ze słowami:
- Jak chcesz się uczyć, to sobie na naukę zapracuj.
I pracuje taki uczeń często bardzo ciężko, by zarobić sobie na nowy rok szkolny. Rzadsze są przypadki takie jak u Abel, któremu na szkołę płacił starszy brat lub Luize, której rodzice byli nauczycielami i zależało im na wykształceniu córki.

 


 Moim początkowym problemem było czy zdobędę autorytet u młodych, którzy niejednokrotnie byli tylko nieco młodsi ode mnie. Ale jak się później okazało, nie z tym miałam największe problemy, ale ze zrozumieniem ich mentalności, która dla nas zabieganych Europejczyków jest ciągle bardzo trudna do pojęcia. Z młodzieżą przyszło mi pracować aż do moich ostatnich chwil pobytu w Kamerunie i to oni będą najczęściej wspominani w tej książce. Dzięki nim nauczyłam się kochać Afrykę, dzięki nim poznałam mądrość, która pozwala żyć w harmonii z naturą, z samym sobą i z moimi bliźnimi, którzy nie powinni mi być obojętni, gdyż są moimi braćmi.

 

Kameruńska wioska

 

Kim są teraz ci moi pierwsi przyjaciele? Antoine został wiejskim nauczycielem, założył rodzinę, ale mimo wielkich wysiłków nie zdał nawet małej matury. Albert, pierwszy przewodniczący JEC, już nie żyje. Zabiła go malaria w połączeniu z zapaleniem opon mózgowych. Jean Feliks ukończył uniwersytet, ale nie mogąc zdobyć pracy próbował zaciągnąć się w szeregi policji lub żandarmerii. Joseph jest już kapłanem w diecezji Garoua. Luize ciągle na studiach szuka swojego sensu życia. Abel przerwał studia, by po śmierci ojca zająć się starszą matką. I wielu przyszłoby mi tutaj wymieniać, ale nie sposób. Dziękuję wam moi młodzi przyjaciele za ten wspólnie przeżyty czas. Niosę was w moim sercu i modlę się o jedno byście wytrwali w wierze.