Towarzyszenie na ostatniej drodze
Towarzyszenie na ostatniej drodze

Misterium - to pierwsza myśl, która mi się nasuwa, gdy myślę o umieraniu, odchodzeniu , ostatnim etapie doczesnej pielgrzymki życia, gdzie spotyka się tajemnica życia i tajemnica śmierci.

 

 

 

Ta rzeczywistość staje się udziałem tych wszystkich, którzy w sposób szczególny posługują w domach opieki, hospicjach. Są oni towarzyszami w ostatnich latach, dniach, chwilach. Można stwierdzić, że mają tę łaskę, oglądania, jak kończy się ziemskie życie człowieka, by ten mógł narodzić się dla nieba.

 

Towarzyszenie jest jednym z najtrudniejszych i największych zadań, które staje się „misją obecności”. Jest procesem, stawaniem się nieustannie. Nie sposób wyuczyć „towarzyszenia”, „bycia blisko”. Ta szczególna obecność przy umierającym wymaga ciągłego przekraczania siebie, by przyjmować i akceptować odmienność osoby  potrzebującej. Jest ciągłym otwieraniem się na drugiego człowieka, na bogactwo jego doświadczeń  i bagaż przeżyć. Otwieranie to jest swego rodzaju udostępnieniem serca, wewnętrzną gościnnością i dyspozycyjnością względem drugiego.

 


Każdy dzień towarzyszenia to szkoła miłości, to wsłuchiwanie się w bicie serca, które jest tuż obok i niejednokrotnie jest spragnione bliskości, czułości, zwyczajnego uśmiechu, dotyku ręki. To „bycie tuż obok” staje się misterium w chwili w obliczu śmierci osoby, której się towarzyszy.
 

 

Co wtedy z misją? Umierający pozwala niejako spojrzeć w jego duszę, a ręka, głos osoby towarzyszącej, jej uśmiech - czuły i delikatny, może uczynić Boże Miłosierdzie bardziej prawdziwym. Patrząc sercem można zobaczyć o wiele więcej, można przekroczyć to, co dla wielu ludzi jest barierą i kresem, dotknąć tego, co wydaje się nielogiczne i tego, co jest święte. Wiara pozwala przekroczyć lęk, który towarzyszy umieraniu, nadaje sens. To zadanie wymaga najwięcej – bo milczącej i miłującej obecności, stawania z pokorą wobec historii życia, które gaśnie. Trudno być, kiedy chce się działać. Trudno uczyć się trwania, stanąć twarzą w twarz z cierpieniem, bólem, bezsilnością. I to jest właśnie misja, to: być, czuwać, modlić się, pozostawić przestrzeń dla sacrum. Tego, co dokonuje się podczas agonii nie sposób opisać słowami, to jedyne i niepowtarzalne doświadczenie, które stanie się udziałem każdego człowieka.

 


Każda osoba, której towarzyszymy jest darem, jest zadaniem, jest misją i każda bez wyjątku pozostawia ślad w sercu i pamięci. Towarzyszenie osobom umierającym jest pewnego rodzaju powołaniem. To wielka łaska i dar „bycia” świadkiem misterium życia i śmierci. Dziękuję Panu Bogu, że tak wiele razy pozwolił mi dotykać tajemnicy odchodzenia, bowiem to uczy towarzyszenia i stawania się bardziej ludzką w obliczu śmierci.

 

s. M. Leoncja Sziling