Brak słów, obfitość Bożej łaski i proste życie
Brak słów, obfitość Bożej łaski i proste życie

Boża tajemnica w moim życiu ubrana była (i nadal jest) w prozę, zwyczajność i szarość codzienności, a więc o czym tu mówić czy pisać? Bo Bóg taki jest: prosty i zwyczajny, przychodzi najczęściej bez fajerwerków i nagłych olśnień. Kiedy ludzie stawiają mi pytanie o moje powołanie zakonne: jak to było? dlaczego zostałam siostrą? – to najczęściej nie znajduję odpowiednich słów, by odpowiedzieć.



Brak słów i obfitość łaski Bożej

 

Kiedy ludzie stawiają mi pytanie o moje powołanie zakonne: jak to było? dlaczego zostałam siostrą? – to najczęściej nie znajduję odpowiednich słów, by odpowiedzieć. Bo, z jednej strony: jak w słowa ubrać to, co jest tajemnicą Bożego działania w sercu człowieka a z drugiej strony: ta Boża tajemnica w moim życiu ubrana była (i nadal jest) w prozę, zwyczajność i szarość codzienności, a więc o czym tu mówić czy pisać? Bo Bóg taki jest: prosty i zwyczajny, przychodzi najczęściej bez fajerwerków i nagłych olśnień – jak dwa tysiące lat temu w Nazarecie czy w Betlejem. Proza życia – to Jego ulubione miejsce przebywania i działania.


A jednak, patrząc na drogę, którą mnie prowadził, ciągle sama się zadziwiam i zachwycam, jak niesamowicie i niepowtarzalnie dobierał wydarzenia i ludzi, bym w końcu stanęła bliziutko przy Jego Sercu i mogła całą sobą wyznać: „Tak! Chcę Jezu całkowicie należeć do Ciebie i do nikogo innego. Chcę iść tam, gdzie Ty mnie posyłasz i potrzebujesz. I chcę robić to, co Ty uważasz dla mnie za najlepsze. TAK, JEZU! Tobie się oddaję!”

 

Bóg bliski - rodzina


Droga do takiej decyzji podjętej w sercu jest długa i bardzo bogata i jeszcze ciągle tak naprawdę nie widać jej końca. Ciągle trwa to, co zaczęło się tam 20 – 30… a  nawet 40 lat temu, właśnie w moich rodzinnych Markowicach. Odkąd sięgam pamięcią, to całym moim światem były Markowice – tam czułam się dobrze, bezpiecznie i beztrosko. Tu był mój dom, bez którego nie wyobrażałam sobie życia. Tu się wychowałam i spędziłam najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa. Co niedzielę wędrowałam ulicami Markowic z moimi Rodzicami i starszym Bratem do kościoła (młodszy urodził się, gdy miałam już 7 lat), a codziennie do przedszkola, które przez pół roku mojego pobytu w nim mieściło się w klasztorze Sióstr Służebniczek przy kościele. Być może to już wtedy, kiedy Siostry migały mi za zakrętem lub za rogiem domu (bo nie mogły spotykać się z nami w przedszkolu – mieszkały tylko na strychu, a jadalnię i kuchnię miały w piwnicy), gdzieś głęboko w sercu kiełkowało ukryte ziarenko powołania. Najbardziej jednak utkwiły mi spotkania z Siostrami na lekcjach religii w salkach katechetycznych. Nie wiem, co te Siostry miały takiego w sobie i czego nas uczyły ale robiły to tak, że Pan Jezus stawał się mi coraz bardziej bliski i żywy w moim życiu.


To odkrywanie Pana Boga na religii z Siostrami w salkach bardzo mi pasowało do tego, co było w naszym domu: oczywiste przekonanie i głęboka wiara moich rodziców, że Pan Bóg jest obecny w naszym życiu i opiekuje się nami, że jest Kimś, kto realnie interesuje się naszym życiem. Stąd też modlitwa była dla mnie „naturalną” czynnością życiową. Pierwsi uczyli nas modlitwy Rodzice, ale nie tylko „kazali” nam się modlić. Do dziś mam pamięci serca te momenty kiedy Mama i Tato, niezależnie od tego jak bardzo było późno i jak bardzo byli zmęczeni, zawsze przed położeniem się spać klękali przy łóżku do modlitwy; …pamiętać o Bogu, który wciąż o nas pamięta… - to było właśnie to! Msze Święte niedzielne – Rodzice nas nie wysyłali, tylko chodzili razem z nami. Potem mój starszy Brat został ministrantem a ja marianką i służba wymagała, by iść nieraz na inną godzinę niż reszta rodziny. Ale jakże to jest dla mnie ważne, kiedy wspominam taką chwilę: chyba był to odpust czy Święta Bożego Narodzenia; mój starszy Brat Rysiek służy przy ołtarzy jako ministrant, po jednej stronie kościoła Tata przy sztandarze górniczym, po drugiej stronie ja przy sztandarze maryjnym a w ławce Mama z młodszym Bratem Januszem całym sercem śpiewa „Wielkie Nieszpory”. Jak dobrze nam być razem tak blisko Boga!


To właśnie dzięki takim chwilom Bóg był zawsze dla mnie Kimś bardzo bliskim; tak bliskim, że nawet można powiedzieć tak oczywistym, że człowiek nie zdaje sobie zupełnie sprawy z bliskości Jego Tajemnicy. Za to dziś jestem wdzięczna przede wszystkim moim Rodzicom. Bo choć, jak w każdej rodzinie, też u nas bywało różnie, to jedno pozostawało niezmienne: Bóg jest i czuwa, trzeba tylko ufać i mieć w Nim nadzieję. Tak jak wtedy, w stanie wojennym, gdy były strajki i Tato nie wrócił pewnego dnia z pracy (pracował na kopalni) a my nie wiedzieliśmy co się z nim stało, ani kiedy i jak to się wszystko skończy. Mama w te zimowe wieczory brała mnie na kolana, Rysiek siadał u Mamy nóg przy srebrnym blaszanym piecyku, który ogrzewał duże pokoje. A Mama mówiła, że trzeba się modlić za Tatę to na pewno wszystko będzie dobrze. Jakże wtedy niesamowicie brzmiała nasza wspólna modlitwa, którą od dzieciństwa odmawialiśmy: „Święta Barbaro, opiekuj się naszym Tatusiem w pracy!”. I Tato wrócił. Jakże mogłoby być inaczej, przecież Pan Bóg nad nim czuwał!

 

Bóg bliski – czas pytań


Kiedy pamięcią wracam do tamtych czasów i miejsc, to chociaż było nam o wiele trudniej pod względem materialnym niż teraz, w moim sercu przeżywam szczęście i wdzięczność. Przypomina mi się jeszcze jedno ważne wydarzenie: moja Pierwsza Komunia Święta. Nie mogłam doczekać się dnia kiedy Pan Jezus przyjdzie do mojego serca. Pamiętam, że po przyjęciu Komunii długo z Nim rozmawiałam i powiedziałam Mu jak bardzo Go kocham, i że kochać Go będę do końca życia. A drugą moją radością było to, że mogłam już należeć do scholi prowadzonej wtedy przez kochaną s.M. Gregorię. To dzięki niej do dziś lubię i potrafię śpiewać.


Lata szkoły podstawowej i średniej to czas odkrywania życia, w którym największą i prawdziwą radość daje bliskość Boga w grupie przyjaciół i znajomych. Spotkania, wspólne wyjazdy, pomoc Siostrom w pracach przy klasztorze w kościele, w zakrystii – tam doświadczyłam wielkiej otwartości i życzliwości Sióstr wobec nas młodych, mających różne pomysły i poszukujących, jak dobrze i sensownie zagospodarować czas. I jeszcze jedno, co mnie zawsze urzekało; wiedziałam, że siostry nie mają zbyt łatwego życia, że wcześnie rano wstają, żeby się modlić, widziałam ich zaangażowanie i posługę w naszej parafii. Duży dom, duży ogród… Było tego sporo, jak dla kilku słabych kobiet; jednak zawsze kiedy do nich przychodziliśmy, widziałam ich radość i jakaś wewnętrzną siłę. Pytałam siebie: skąd one to mają? Jak one to robią, że pośród tylu trosk i problemów są tak szczęśliwe?


Odkryłam źródło tej siły podczas jednej z nocnych adoracji w naszym klasztorze. Siostry co roku miały taką adorację (do dziś tak jest we wszystkich naszych domach), na którą zapraszały także chętnych parafian. Ludzi nawet sporo przychodziło i chodziłyśmy również my – Dzieci Maryi. I wtedy, w tej prostej i skromnej kaplicy zrozumiałam, że to jest właśnie to! Kaplica z Najświętszym Sakramentem, modlitwa, codzienne spotkanie z żywym Jezusem – są źródłem siły, nadziei i radości życia! I wtedy też wyraźniej słyszałam to moje pragnienie, że ja też tak chcę (choć bardzo bałam się do tego przyznać).


Potem były skupienia, na które jeździłyśmy z dziewczynami do Leśnicy. Spotkania, rozmowy… o życiu, młodości, o sensie i celu tego, co robimy i tym, co daje prawdziwe szczęście. To wszystko było jak kolejne promyki słońca i jak krople życiodajnego deszczu dla ziarenka powołania, które Pan Bóg zasiał w moim sercu. Potem poszła Sylwia (dzisiaj: s.M. Łucja) i widziałam, że to jest możliwe. Skoro ona mogła, to czemu nie ja?


Bóg bliski – walka młodości


Była też i walka: dlaczego ja? Dlaczego mam opuszczać moje piękne Markowice i ludzi, których kocham i z którymi jestem szczęśliwa? Czy ja nie mogę poukładać sobie życia po swojemu? – też przecież może być dobre i piękne! Zawsze chciałam założyć Rodzinę… Przecież Panu Bogu można służyć na rożne sposoby, nie tylko w klasztorze! (w pewnym momencie chciałam wyjechać na misje jako świecka misjonarka – o czym Rodzice chyba do dziś nie wiedzą, no już teraz wiedzą, bo na pewno przeczytali ten tekst:)) I studia…, które otwierały przede mną nowy świat. Złożyłam nawet podanie na Uniwersytet w Opolu ale na egzaminy wstępne już nie dojechałam…


Po wielu walkach wewnętrznych i modlitwie postanowiłam zaryzykować, a że z natury jestem uparta to dopięłam swego. Pojechałam do Leśnicy i zgłosiłam się jako kandydatka, z Matką Prowincjalną ustaliłyśmy, że 15 sierpnia przychodzę do klasztoru by zostać Siostrą Służebniczką. Po tej decyzji w moim sercu zapanował wielki pokój i nieopisana radość. Byłam przekonana, że zrobiłam dobrze, że to jest to! Nie patrzyłam na to, co tracę ale jak wiele otrzymuję.


Później były jeszcze rozmowy z Rodzicami, z Braćmi, z Babcią, która z nami mieszkała. Ich zdziwienie, zaskoczenie, łzy, obawa – może nawet większa od mojej ale w tym wszystkim ich wielka miłość: szacunek wobec mojej decyzji i wolność, którą mi wtedy pozostawili, nie próbując mnie na siłę zatrzymać przy sobie. „Jeśli na tej drodze będziesz szczęśliwa to nie mogę ci zabraniać. Jeśli tam jest twoje szczęście, to idź.” – usłyszałam od mamy, która miała łzy w oczach. Potem jeszcze dużo płakała; zastanawiałam się dlaczego i w końcu mi powiedziała, ale to już taka nasza rodzinna tajemnica.


Bóg bliski – drogi powolania


Dziś Rodzice i Bracia bardzo mi pomagają i choć dzielą nas kilometry, to przyzwyczaili się do mojej częstej zmiany miejsca zamieszkania. Zawsze wiem, że mogę liczyć na ich duchowe i rodzinne wsparcie. To też taki dar niezasłużony, który ciągle przypomina mi, że Bóg jest i czuwa nade mną, także przez tych ludzi, których mi daje. I że bardzo nas wszystkich kocha! – to trzeba ludziom ciągle przypominać: słowami, każdym gestem, życiem. Tak jak moja Patronka: św. Faustyna.


Przez ponad 20 lat mojego życia zakonnego tej Bożej Miłości doświadczyłam mocno, choć nie raz było „pod górkę”, prawie ze wszystkim. Tak jest i teraz, kiedy od kilku miesięcy posługuję w Strzelcach Opolskich, często spotykam się z ludźmi, z dziećmi, którzy są przekonani, że Pan Bóg jest daleko i że lepiej tzn. wygodniej jest nie mieć z Nim nic wspólnego. A może przez moja obecność tutaj ktoś też będzie mógł doświadczyć Bożej Miłości – o to się modlę i proszę Was wszystkich, którzy czytacie te słowa: wspierajcie mnie w tej mojej modlitwie i módlcie się też za mnie.


s.M. Faustyna Jureczko