Bardziej żyć życiem Jezusa niż swoim
Bardziej żyć życiem Jezusa niż swoim

Eucharystią, której przewodniczył ks. bp Andrzej Czaja w dniu 16 sierpnia 2015r. rozpoczął Rok Jubileuszowy w zgromadzeniu. Homilia ks. bp Andzeja Czai.

 

Eucharystią, której przewodniczył ks. bp Andrzej Czaja w dniu 16 sierpnia w Kościele p.w. Wniebowzięcia NMP w Porębie rozpoczął Rok Jubileuszowy 150 lat przybycia Sióstr Służebniczek na Śląsk. Chcemy dziękować Opatrzności Bożej za dar Zgromadzenia, jego rozwój, charyzmat i dzieła na przestrzeni 150 lat. Dniem rozpoczęcia Jubileuszu jest 16 sierpień 2015r. i Rok Jubileuszowy będzie trwał do 14 sierpnia 2016r.

 

 

Homilia ks. bp Andrzeja Czai, ordynariusza diecezji opolskiej,

wygłoszona 16 sierpnia na rozpoczęcie Roku Jubileuszowego:

 

Umiłowani w Chrystusie Panu Siostry i Bracia, młodsi i starsi mieszkańcy Poręby, obecni tu szanowni i mili Goście, Pątnicy, drodzy Współbracia Kapłani. W sposób szczególny Wy, Czcigodne i Drogie Siostry Służebniczki Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, duchowe Córki bł. Edmunda Bojanowskiego, Wy, które przybyłyście tutaj dziś z tak wielu różnych stron Polski i nie tylko, na czele z Matką Generalną i Siostrami Prowincjalnymi.

 

Rozpoczynacie rok jubileuszowy. Okazją jest 150-lecie gałęzi śląskiej Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, której początek miał miejsce 12 sierpień 1866 r. Za rok w tym czasie zamknie się ten jubileusz. Jubileusz to czas łaski, czas, w którym Bóg – obrazowo mówiąc – otwiera niebiosa nad społecznością, która Go prosi o szczególną przychylność. Wasz rok jubileuszowy można też przyrównać do synodów diecezjalnych. Poza tym jest czasem wdzięczności, pamięci, a także świeżego spojrzenia w przyszłość. Chodzi z pewnością o to, by w tym roku jubileuszowym wyrazić szczególną wdzięczność Bogu Najwyższemu, Założycielowi oraz Tej, którą, za wskazaniem Założyciela, obrałyście sobie za Patronkę, natchnienie w Waszej służbie – Maryi. Jej też trzeba wyrazić wdzięczność. Jubileusz to też czas rozradowania się tym, co jest Waszym udziałem. Mam na myśli nie tyle domy, Wasze klasztory, ale przede wszystkim Wasz charyzmat – otrzymany od Boga dar, którym posługujecie, który ciągle tak pięknie owocuje w Waszym życiu i w życiu tych, którym służycie – koniec końców – Kościołowi i człowiekowi. Jubileusz to także czas pamięci, pamięci o tych, którzy odeszli, którym wiele się zawdzięcza, ale to również czas wydobywania z pamięci Zgromadzenia wielu starych rzeczy, które w nowej rzeczywistości mogą się okazać na powrót bardzo inspirujące, mogą być dobrym natchnieniem, podpowiedzią na przyszłość. Pamięć o tych, którzy odeszli. Sam osobiście znam wiele sióstr z Waszego Zgromadzenia, które odeszły. W swojej pamięci, podczas tej liturgii, a właściwie jeszcze zanim ją rozpocząłem, gdy na chwilę usiadłem sobie sam w pokoju, przywołałem te siostry, które posługiwały w mojej rodzinnej parafii w Wysokiej. Widzę siostrę Anielę, siostrę Czesławę, siostrę Radosławę. I to nie jest tylko wspominanie, ponieważ obudzenie pamięci o tych, którzy odeszli, pamięci o tym, czego się doświadczyło z rąk, z serca tych, którzy byli pośród nas, z tego rodzi się wiele duchowego pożytku, duchowego dobra. Można powiedzieć, że za każdym razem serce bardziej bije, robi się cieplej. Zachęcam więc Was zarówno do wdzięczności, jak i do rozradowania się charyzmatem, ale również do pamięci, do wydobywania z pamięci tego, co stare, przeszłe, może nawet zapomniane, bo może się to okazać na powrót wielką iskrą. Zachęcam też do spojrzenia w przyszłość z nadzieją. Spojrzenie w przyszłość z nadzieją wymaga przede wszystkim obudzenia wiary w Emmanuela. Jest z nami Pan. On jest z nami na dobre i na złe, jest z nami stale, nawet wtedy kiedy się wydaje, że się „zdrzemnął” albo o nas zapomniał. W rzeczywistości jest odwrotnie. To my o Nim zapominamy, to my musimy się ocknąć, by do Niego się zwrócić na nowo o pomoc. Spójrzcie w przyszłość z nadzieją, zawierzając ją Bogu, Matce Najświętszej.

 

Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę na rzecz, o której nie możemy zapomnieć w roku jubileuszowym. Te pewne zadania, które się jawią, to nie może być tylko pole działania czy zaangażowania Matki Generalnej, Rady Zgromadzenia, Sióstr Prowincjalnych. Chodzi o to, Drogie Siostry, by każda z Was w tym roku jubileuszowym się zaangażowała. Każda siostra tego Zgromadzenia, które rozpoczyna rok jubileuszowy, powinna podjąć konkretny wysiłek i trud, także te najmłodsze: kandydatki, postulantki, nowicjuszki. Nikt się nie może ociągać i nie chodzi tylko o ludzki aktywizm. Wysiłek i trud jest konieczny, żeby można było podjąć z nowym zaangażowaniem wezwanie Założyciela, tak prosto wyrażone w głębi słów: „Abyśmy świętym życiem Bogu i Niebieskiej Królowej służyły”. To jest właściwie istota tożsamości służebniczki. Świętym życiem służyć Bogu i Niebieskiej Królowej. Gdy się to czyni, to służy się też sobie nawzajem, każdemu człowiekowi napotkanemu na drodze.

 

Od czego należy zacząć? Jaką dać podpowiedź? No cóż. Gdybyśmy usiedli za stołem i zaczęli debatować, to może Biskup Opolski przedstawiłby coś z mądrości teologii, z historii Kościoła, z pewnego doświadczenia bycia z siostrami z czasów KUL-owskich i dzisiejszych. Nie chcę jednak mówić bazując na swojej mądrości życiowej, na własnych doświadczeniach. Co nam mówi Słowo Boże, to dzisiejsze, to przed chwilą usłyszane?

 

W Apokalipsie św. Jana Apostoła zapisane są słowa: „ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”. W moim przekonaniu, trzeba, moje Siostry, byście na nowo zobaczyły ten wielki znak na niebie. Byście się treścią tego znaku na nowo przejęły, każda z Was. I my wszyscy też: kapłani i Wy, drodzy Siostry i Bracia. To swoje słowo będę kierował szczególnie do sióstr, ale będzie ono miało też w sobie wiele ładunku treściowego dla życia małżeńskiego, rodzinnego i kapłańskiego. Przejąć się na nowo wielkim znakiem na niebie, tym apokaliptycznym.

 

Pan Jezus mówił, że temu plemieniu, a więc tym pokoleniom, które żyły, gdy On przyszedł na świat, i które po Nim przyszły i przychodzą, temu plemieniu nie będzie dany już żaden inny znak oprócz znaku Jonasza. On trzy dni przebywał we wnętrznościach ryby, w głębinach morskich, ale on sam jest jednocześnie zapowiedzią tego znaku, który jest nam dany po wsze czasy. Jeden jest nam dany znak to jest Jezus Chrystus. To jest jeden, jedyny znak zbawienia i nie ma innego. I ten znak domaga się przyjęcia.

 

A ten wielki znak na niebie? To zupełnie inny rodzaj znaku. To raczej podpowiedź ku temu, jak przyjąć ten jeden jedyny znak po wsze czasy, czyli jak przyjąć Jezusa. Jezus jest znakiem zbawienia i trzeba go przyjąć, aby zbawienia dostąpić. Nie ma zbawienia bez Chrystusa. A Maryja, owa Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” – to znak wiary, czyli podpowiedź, jak Jezusa przyjąć. Znak Jezusa trzeba przyjąć, a znak Maryi trzeba rozeznać. Gdy się go rozezna, umie się lepiej Jezusa przyjąć. Przyjrzyjmy się zatem temu znakowi.

 

„Wielki znak na niebie, niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.” Wieniec na głowie to zawsze symbol zwycięstwa. Wieniec na głowie wskazuje na Niewiastę, która zwyciężyła. Pierwsza z dwunastu poleń Izraela, która zwyciężyła, zwyciężyła moce ciemności, bo zawierzyła Bogu. Nie zwyciężyła własną siłą, ale zwyciężył Bóg w Jej życiu, bo Mu na to przyzwoliła, bo Go przyjęła. Dlatego Maryja jest zwycięską niewiastą, która nam podpowiada, że i my możemy zwyciężyć. W tym znaku jest wpisana też od razu podpowiedź, co jest konieczne do zwycięstwa. Niewiasta jest obleczona w słońce i księżyc jest pod jej stopami. To Jej pozwoliło na to, że otrzymała zwycięski wieniec. Trzeba więc jak Maryja oblec się w słońce. Słońce od samego początku chrześcijaństwa symbolizowało Jezusa. Nieraz mówi się o Jezusie jako o wschodzącym słońcu, które nie zna zachodu. Wzeszło raz jeden i świeci nad nami. Nie zna zachodu. Już w kantyku Zachariasza jest mowa o wschodzącym słońcu. Przyoblec się w Jezusa to znaczy bardziej żyć Jego życiem niż własnym. To jest konieczne, jeśli się poważnie myśli o zwycięstwie ostatecznym, jeśli się poważnie myśli o wniebowzięciu. Przyoblec się w Jezusa – to wejść z Nim w bardzo intymną relację, w tak wielką zażyłość, że właściwie bardziej żyje się życiem Jezusa niż własnym. Wtedy dokonuje się gruntowna przemiana. Człowiek staje się alter Christus, drugim Chrystusem. To jest trochę zapomniana w teologii kategoria. Czasem się wręcz wstydzimy mówić o tym, że chrześcijanin ma być, powinien być drugim Chrystusem, ale to jest istota rzeczy. Nie chodzi jednak tylko o to, jak to Pelagiusz pojął, czyli pójść za Chrystusem, podjąć Jego drogę, ale o własnych siłach, samemu próbować żyć jak Jezus. Proszę zauważyć, nie ma tu miejsca na przyjęcie Jezusa, Jezus jest sprowadzony do wzoru, do przykładu: starać się żyć jak On. Ale czy jest możliwe, by żyć jak Jezus bez Jego pomocy? Trzeba Jezusa przyjąć i Nim żyć.

 

Jest jeszcze druga rzecz: „Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami”. Czy tu chodzi o to, by deptać księżyc. Ktoś mógłby pójść w kierunku, w kontekście prześladowań chrześcijan przez islam, który ma księżyc niejako w swoim herbie, by podeptać islam? Nie, to nie tędy droga. Ten znak nie symbolizuje walki. „Księżyc pod jej stopami” – chodzi o to, że Ona kroczy w kierunku bycia jak księżyc. Chrześcijaństwo od pierwszych wieków obrało sobie symbol księżyca, by wyrazić istotę Kościoła. Co ma Kościół czynić? Ma być wobec Chrystusa jak księżyc. Księżyc nie ma w sobie życia, nie ma w sobie źródła światła, odbija jedynie promienie światła słońca. W tym jest jego wartość, że choć nie ma źródła światła w sobie daje światło, daje życie. I my jako chrześcijanie, tym bardziej oblubienice Chrystusa, mamy być jak księżyc. Nawracać swoje życie czerpiąc z życia Jezusa, być blaskiem życia Jezusowego, by innym oświetlać drogę. Tu się pojawia temat świadectwa. To tu właściwie mamy zaszyfrowane to, o czym pięknie pisał w wielu swoich artykułach papież senior Benedykt XVI. We Wprowadzeniu w chrześcijaństwo pisze, że być chrześcijaninem to Boga brać, Bogiem żyć, Boga dawać i Bogiem się dzielić, czyli Jezusa wziąć, Jezusem żyć bardziej niż swoim życiem i tak żyć Jezusem, by we mnie rozwinął się taki potencjał życia Jezusowego, by ono wylewało się ze mnie, żebym nie zatrzymał go dla siebie, żebym tym życiem promieniował na innych. Wielki znak na niebie mówi nam: zwyciężycie, jeśli Jezusa tak przyjmiecie, że będziecie bardziej Nim żyć niż sobą; jeśli to życie Jezusowe będzie światłem nie tylko dla Was na drogę ale i tym, którzy wokół żyją. W ten sposób widzimy, jak zrealizować istotę tożsamości osoby konsekrowanej. Wy macie być znakiem Królestwa Bożego w świecie. Im więcej Jezusa w Was, tym więcej Królestwa Bożego w nas. Im więcej świadectwa o Jezusie, tym więcej z tego bycia znakiem Królestwa. To nam podpowiada wielki znak na niebie. I tę treść, Drogie Siostry, warto, byście szczególnie wzięły sobie do serca na ten rok jubileuszowy.

 

W dzisiejszej liturgii, zwłaszcza w Ewangelii, znajdujemy też bardzo konkretne podpowiedzi, jak zrealizować tę treść, to wskazanie; jak zadbać o to, by podobnie jak Maryja, być znakiem Królestwa Bożego, czyli znakiem przyjęcia Jezusa i dawania Go.

 

Pierwsza sprawa, to trzeba mieć świadomość wielkiego obdarowania. Nie można zaczynać rozważania nad tożsamością swego życia konsekrowanego od tego, jak wiele dałam, że życie poświęciłam. Trzeba zaczynać od tego, jak wiele otrzymałam. Magnificat Maryi powinien nie tylko brzmieć, ale skłaniać stale nas wszystkich do budzenia w sobie świadomości wielkiego obdarowania. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego” – to mówi Maryja. To jest powód Jej radości, Jej Magnificat. Jeśli chcecie, żeby było w Was więcej wdzięczności Bogu i rozradowania w sobie to potrzeba tej świadomości obdarowania. To jest jedna podpowiedź.

 

Druga podpowiedź: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Uwierzyła w to wszystko, co rzekł Anioł. Choć było to, można powiedzieć, niewiarygodne. To się nie mieściło w Jej głowie, ale zmieściło się w Jej sercu. Rozum był za mały, by zaakceptować tajemnicę Wcielenia, poczęcia Bożego Syna w swoim łonie. Rozum do tego jest za mały, ale okazuje się, że serce potrafi to przyjąć. Przyjęła, dała wiarę słowu Anioła i tak było przez całe życie. Dawała wiarę słowom Pana: tym słowom, które przychodziły przez posłańca i tym słowom, które wprost słyszała od Boga, od Jezusa. To jest bardzo ważne, by dawać wiarę słowu Boga, temu, które wybrzmiewa gdzieś w głębi sumienia, temu, które czytam i rozważam w codziennym rozmyślaniu, ale także temu słowu, które przychodzi czasem za pośrednictwem człowieka. Dawać wiarę temu słowu, które Bóg przekazuje przez wolę Przełożonego, Przełożonej, albo też odwrotnie. Sam tego, jako biskup, nieraz doświadczam. Trzeba, by Przełożony słuchał też, co mówi podwładny. Jeżeli Pan Bóg umiał – mówiąc żartobliwie – przemówić przez oślicę Balaama, to czy nie może przemówić też przez mojego prezbitera? Doświadczałem tego w domu rodzinnym, gdy Pan Bóg przemawiał do mnie przez dorastającą siostrzenicę i siostrzeńca. Przez dzieci chyba szczególnie mówi Pan. Ale dawać wiarę słowu Boga nie jest proste. Rozeznawać, gdzie jest to co Boże, a gdzie nie. Dlatego to słuchanie słowa Bożego, dawanie wiary słowu Bożemu domaga się też przychodzenia przed tron Pana. To jest konieczne. Dawać posłuch słowu Bożemu to też adorować Boga. Maryja trwała na modlitwie i dlatego dała posłuch słowu Bożemu, bo na modlitwie rosło Jej serce. Rozum był za mały, nie pojęła i nie przyjęłaby, ale serce pełne wiary było otwarte na Boga. Ileż takich sytuacji jest w naszym życiu? Przychodzi jakaś wola Boża i po ludzku rozum mówi NIE, to jest bez sensu. Wtedy trzeba iść przed tron Pana, On otworzy serce, On pomoże ją przyjąć. Mamy dziś nie tylko w klasztorach, w ogóle w Kościele problem z elementarną uległością wobec Bożego słowa, wobec Boga. Mamy problem z posłuszeństwem, a przecież życie Kościoła, wspólnoty ludzi wierzących, przez wszystkie wieki było budowane na posłuszeństwie, na uległości. Nie ma sensu w tym momencie przywoływać przykładów, które nas wszystkich nie budują, przykładów, kiedy człowiek zamiast uległości stawia na swój subiektywizm. Sumienie wtedy nie pracuje i powszechną staje się zasada, wyrażona w słowach: „A ja uważam”. Gdyby Maryja kierowała się subiektywizmem to też mogłaby powiedzieć: „A Ja uważam, Aniele, może za rok, teraz nie jestem przygotowana. A Ja uważam, że może lepsze okazałyby się inne niewiasty”. Ten dialog możemy sobie sami dalej wyobrazić.

 

Trzecia rzecz: „wybrała się i poszła z pośpiechem w góry”. To jest pewien obraz. Bez ociągania wybierać się i iść z pośpiechem w górę, wznosić się ku wyżynom rozwoju duchowego, nie trwać na mieliźnie. Nie chodzi tylko o zewnętrzną poprawność. Jeśli ktoś jest mierny w swoim zaangażowaniu w rozwój duchowy, to już jest niewierny. To jest czasem bardzo smutne i raz drugi mi się w życiu zdarzyło, że jeszcze nie będąc biskupem, w czasach pobytu na KUL-u słyszałem, że jeden czy drugi odszedł z kapłaństwa i ktoś komentował: „No widzisz, a tak go chwalili. Ja może tam święty nie jestem, ale trwam”. Tylko zadaj sobie pytanie: jakie jest to Twoje trwanie? Bo można różnorako trwać. Niestety czasem trzeba wyżej ocenić tego, który rozeznał, pogubił się, zaciągnął zobowiązanie i konsekwentnie odszedł niż tego, który niby trwa, ale tylko dla oka ludzkiego. Natomiast to, co jest w środku, pod osłoną różnych pozorów, wskazuje na to, że jest już daleko od Boga. Dlatego potrzebny jest też rachunek sumienia w roku jubileuszowym. „Wybrała się i poszła z pośpiechem w góry”, można powiedzieć: ku wyżynom nieba. Trzeba zmierzać ku wyżynom nieba w naszej pracy nad sobą, bez ociągania się, ale z pośpiechem, bo to jest jedyna droga do tego, żeby dojść do drugiego człowieka, bo idąc ku wyżynom nieba zapominam o sobie, myślę o Bogu i o tych, do których mnie posyła. Amen.

 

s/a